Apel w sprawie klerykalizacji jest spóźniony o 20 lat

„Wzruszył” mnie apel profesorek i profesorów w sprawie klerykalizacji Polski. Cudzysłów nie jest tu przypadkowy. W taki sam sposób „wzrusza” nas list, na który jak na ratunek czekamy całymi latami, a dostajemy, gdy już się go w ogóle nie spodziewamy. Bo przywykliśmy, że i tak nasz los nikogo nie obchodzi. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza Kościół katolicki uzyskał już wszystko, co chciał. A nawet znacznie więcej. Opublikowany przez „Gazetę Wyborczą” tekst jest spóźniony przynajmniej o dwie dekady. Czas jest „rzeczą” względną. Dla jednych ćwierć wieku to okres krótki. Dla innych – długi. W tym wypadku jednak mamy pewną miarę, która pomaga nam zrozumieć problem. Jest nią odczucie społeczne. I odwaga głoszenia własnych poglądów.



Można stracić wiarę w polską naukę, jeśli dostrzeżenie tego, co od ponad 20 lat jak na dłoni widzi niemal każdy, jej przedstawiciele dostrzegli nagle 17 października 2014 roku. Po kolei. Religię do szkół – przypomina o tym w świetnym zamieszczonym tu w sobotę tekście Anna J. Dudek – jeden z sygnatariuszy apelu profesor Henryk Samsonowicz wprowadzał „po cichu” już w 1990!!! Dodajmy tylko – za całkowitą zgodą ówczesnego premiera Tadeusza Mazowieckiego. Decyzja ta stanowiła jedną z największych zdobyczy Kościoła katolickiego i w praktyce rozpoczęła proces klerykalizacji. Dała katechetom absolutną swobodę i brak kontroli w kwestii tego, co i jak chcą wkładać do głów naszym dzieciom. Zupełnie niepotrzebny państwu, ale niezwykle korzystny dla kościoła konkordat zawarto w 1993 roku. Ratyfikowano pięć lat później. Tego typu umów cywilizowane kraje praktycznie już wtedy nie zawierały. Nie pamiętam, aby polska nauka pisała wówczas jakiekolwiek apele, chociaż dokument w rażący sposób faworyzował jedną stronę umowy.

Sądzę – proszę mnie poprawić, jeśli się mylę – że termin „klerykalizacja życia społecznego” w kontekście polskich przemian wprowadziło do języka potocznego na samym początku lat 90. środowisko skupione wokół wznowionego wówczas na krótko „Po prostu”. Ćwierć wieku temu! Sam zresztą umieściłem tam dwa czy trzy teksty na ten temat. Od tego czasu proces klerykalizacji – przy całkowitej akceptacji kolejnych ekip rządzących – nieustannie się pogłębiał. Naprawdę nie trzeba tytułu profesora, aby dostrzec o co toczyła się – i toczy – ta gra. Niemal codziennie pojawia się jakaś wypowiedź tego czy innego przedstawiciela kościoła brutalnie ingerująca w życie świeckiego państwa. Ale mogą się one pojawiać tylko dzięki trwającej od lat atmosferze społecznego przyzwolenia tworzonej między innymi właśnie przez brak takich apeli jak obecny. Gdyby było inaczej być może żylibyśmy dzisiaj w innym kraju. Podkreślmy, że chodzi tylko o zorganizowane akcje protestu, a nie pojedyncze wypowiedzi ludzi nauki. Tych sygnatariusze apelu – na szczęście! – nigdy nam nie skąpili.

Profesor Stanisław Obirek pytany, dlaczego list pojawia się dopiero teraz stwierdził, że lepiej późno niż wcale. Zgadzam się, ale tylko w połowie. Jeśli już późno, to może chociaż z większym wysiłkiem. Według danych ZUS na koniec 2011 roku na stanowisku profesora na polskich uczelniach zatrudnionych było 24.3 tys. osób. Ta liczba z pewnością już się zwiększyła. Pamiętajmy też o emerytach. Odejmijmy nieznaną – podejrzewam, że stanowiącą większość – liczbę profesorek i profesorów wierzących, którzy pod takim listem nigdy nie złożyliby swojego podpisu. I tak zostanie ileś tysięcy. Autorzy apelu mogli zadać sobie trud, umieścić go w sieci i zwrócić się z prośbą do swoich koleżanek i kolegów o podpisy. Nie wiem ilu by podpisało, ale piętnaścioro obecnych sygnatariuszy stanowi jakiś maleńki promil liczby profesorów. Zapewne malejący do zera. A tak małe wartości często pomija się w rachunkach. Z pewnością zaś pomija je mająca własne interesy z Kościołem katolickim władza. Obawiam się, że taki los spotka też i ten apel. Może zresztą za chwilę będziemy mogli się o tym przekonać. Twój Ruch złożył właśnie do laski marszałkowskiej projekt ustawy likwidującej fundusz kościelny. Reakcja rządzących będzie też między innymi miarą siły oddziaływania apelu akademików.

Jak zapewne każdy mający dość nieustannej ingerencji kościoła w życie społeczno-polityczne doceniam wagę i treść listu. Krytykuję jedynie czas jego opublikowania. Profesorki i profesorowie mają jednak kolejną sposobność. Komisja etyki Uniwersytetu Jagiellońskiego chce zająć się ich kolegą profesorem Janem Hartmanem. Apel o jego usunięcie z tej szacownej uczelni podpisał podobno 18 tys. osób! Czekam na list w obronie Hartmana. Nie zrobił absolutnie nic, co naruszałoby zasady etyki czy służby prawdzie. To znakomity przykład jak przenikająca życie społeczne lepka atmosfera strachu przed kościołem pozwala tego typu komisjom zajmować się tym, czym nie powinny. W tej sprawie też warto napisać protest. Nie jest tak donośna jak kwestia klerykalizacji, ale stanowi jej pokłosie. Dotyczy fundamentalnej w demokracji wolności wypowiedzi. Inaczej tak ważny obecny apel może stracić sens i wymowę.

A my będziemy mogli sobie tylko pokrzyczeć. Choćby na tym portalu. Jednym z nielicznych zresztą, gdzie w ogóle jeszcze można. I tyle naszego. Czyli – nic.

.
Trwa ładowanie komentarzy...