Ciekawy przypadek Jana Hartmana

Decyzję zarządu Twojego Ruchu o wyrzuceniu z partii profesora Hartmana uważam za skandal. Jest ona jednak skandaliczna tylko w kategoriach czysto ludzkich. Nie politycznych. Życie – gdzie mimo wszystko liczą się jakieś zasady etyczne – i polityka nie stanowią nawet wszechświatów równoległych. To światy kompletnie odrębne i osobne. Nie ma między nimi żadnej styczności. Ta druga w bezwzględny sposób podporządkowuje wszystko celowi i – najczęściej – decyzjom lidera. Mam wrażenie, że Jan Hartman nie rozumie tej prostej prawdy. Nie rozumie, dlaczego wyleciał. Dlaczego pożegnano się z nim w sposób tak obcesowy, bezpardonowy i brutalny. Bez cienia klasy. Janusz Palikot – jak czytam na portalu TVN 24 – wysłał mu sms: „Musieliśmy się z Tobą pożegnać”. Nawet nie dryndnął. Za dużo zachodu. Pal licho. Hartman nie wie też, dlaczego chyba nikt – nie tylko w TR – ale i w świecie polityki nie przejął się jego losem. Wszyscy kumają, że w każdej chwili podobny może stać się ich udziałem. Tak się tu gra. Nie ma zmiłuj. Dojrzały człowiek, który nie rozumie lub nie akceptuje zasad gry powinien po prostu wstać od stołu. Chwila nieuwagi i można przegrać wszystko.



Lubię profesora Hartmana, bo jego poczciwa mina zdziwionego dzieciaka przekonuje mnie, że mam do czynienia z człowiekiem szczerym i uczciwym, który tylko przypadkiem – lub wskutek błędnej oceny własnych możliwości – zaplątał się w sieci lepkiej roboty, jaką w większości przypadków stanowi polityka. Zgadzam się z jego poglądami na relacje państwo-kościół. Ostatniego felietonu świadomie nie komentuję, bo nawet jeśli wszyscy uznamy go z skandaliczny i tak mieści się w ramach tego, co nazywamy prowokacją intelektualną. Jaki to Mount Everest myślozbrodni? Jeśli już – to Mount Everest obłudy TR! W normalnych warunkach w żaden sposób – podkreślam: żaden – nie mógłby stać się on powodem wylania tak zasłużonego dla ugrupowania człowieka. I zapewne też jego najtęższego umysłu. Zwrócono by mu uwagę czy choćby wyraźne odcięto się od tekstu. Prowadził Hartman jakąś krecią robotę? Rozbijał „zwarte szeregi” TR? Rył pod kimś? Spotykał się na randkach z Pawłowicz, Wróbel czy Kempą? Felieton powodem do sekowania? Michał Kabaciński z zarządu partii, gość który Hartmanowi do pięt nie dorasta, oświadcza tylko: „Profesor nie pozostawił nam żadnego wyjścia”. To wszystko? Tyle zostaje po człowieku? Żałosne. Ręce opadają. I słupki poparcia.

Podkreślmy wyrażenie „w normalnych warunkach”. Dziś dla TR nie są one normalne. Jan Hartman miał pecha, bo swój felieton zamieścił w niewłaściwym czasie. Jego nos filozofa wziął górę nad nosem polityka. Partia ma poparcie na poziomie błędu sondażowego. Właściwie przestaje się liczyć. Wielu sądzi, że właśnie przykleja się do PO premier Kopacz. Twój Ruch – a raczej sam Palikot – po raz kolejny zmienia więc wizerunek. Z badań wyszło, że ludzie nie chcą już gadania o liberalizmie światopoglądowym i powolnym wchłanianiu państwa przez kościół. Pieprzą świeckie państwo, trawkę, związki partnerskie, religię w szkołach, in vitro i co tam jeszcze. Może to i prawda. Tyle że zapewne nie chcą go już w wykonaniu TR. Nie chcą jego dziwacznych aliansów i braku odpowiedzialności przed wyborcą. Hartman przestał pasować do nowej układanki. Coś tam jeszcze mamrotał pod nosem, ale już spadał. Jakąś owcę trzeba było zarżnąć na ołtarzu nowego wizerunku.

Kilka miesięcy temu krytykowałem „występ” profesora na warszawskiej starówce w rekonstrukcji sceny ścięcia Kazimierza Łyszczyńskiego. Nie dlatego bym sądził, że ten słynny ateista nie jest postacią ważną i wartą naszej pamięci. Przeciwnie. Uważałem – i uważam – że w czasach wszechobecnego terroru kultury banału i trywializacji ludzkiej śmierci filozofowi nie przystoi udział w widowisku, które można tak właśnie odbierać. Tym bardziej – przed wyborami. Tekturowa głowa Hartmana-Łyszczyńskiego spadała na ziemię, a fałszywa jucha lała się po bruku. Dziś mam wrażenie, że profesor w proroczy sposób antycypował własną polityczną śmierć. Tyle że w roli nowego świętego oficjum wystąpił zarząd TR – partii od zawsze szafującej słowem „wolność”. Z hasłami tolerancji i liberalizmu na sztandarach.

Przypadek Jana Hartmana pokazuje, że działalność polityczna i wolność wypowiedzi myśliciela nie idą w parze. Wyprawa w filozofa w świat polityki kończy się klęską. Profesor w bolesny sposób przekonał się, że polityka to nie prowadzenie wykładu z etyki. Nawet jeśli zrobiłeś sporo dobrego i tak polecisz, gdy z sondaży i porad macherów od PR wyjdzie, że w imię wizerunku trzeba ściąć ci głowę. Przestroga? Chcesz zachować twarz i autonomię trzymaj się od tej gry z daleka.

Podczas studiów na Uniwersytecie Warszawskim miałem ćwiczenia z filozofii starożytnej z nieżyjącym już dziś Andrzejem Kasią. Człowiekiem osobnym i niepowtarzalnym. Oryginałem. Drugiego Kasi nie było na świecie. Często cytował nam Platona. Z filozofa można się śmiać i drwić, ale wystarczy jeden dumny i wzniosły gest, jakim zarzuca na siebie szatę, aby nabrać do niego szacunku. Jan Hartman nie musi zarzucać szaty. Może natomiast pokazać partii środkowy palec, bo ta dzisiaj – sądząc po ostatniej decyzji – i tak tylko tym językiem z nim „rozmawia”. Chociaż na jej czele stoi właśnie filozof – miłośnik mądrości.
Trwa ładowanie komentarzy...