O autorze
Tłumacz. Prowadzi zespół tłumaczy "Polska The Times". Zwolennik zdrowego rozsądku.

Czy wypada cieszyć się z nieszczęścia bliźniego?

Odpowiadam – tak. Jeśli tym bliźnim jest Michał Kamiński. Grubo ponad miesiąc temu napisałem poświęcony mu felieton „PO – Platforma Obrzydzenia”. „Transfer” ten traktowałem jako przykład zwykłego partyjnictwa i cwaniactwa, który utrwalał jedynie powszechnie panującą opinię, że polityka to brudna gra interesów prowadzona przez podwórkowych macherów. Sądziłem, że po sromotnej klęsce tego wiecznego partyjnego tułacza, nigdy już do tej postaci nie wrócę. Ok – przegrał, ale przecież nauczał nas Chrystus i Budda, byśmy kochali bliźniego, jak siebie samego. Przycichnie i facet zniknie, a PO z tej jawnej politycznej korupcji wyciągnie właściwe wnioski. Nie można robić z wyborców stada baranów. Okazuje się jednak, że można.



W swojej naiwności myślałem, że i sam Michał Kamiński na jakiś czas da nam spokój ze swoją obecnością, bo to, co wyprawiał w trakcie kampanii wyborczej do europarlamentu przechodziło wszelkie granice przyzwoitości. Słusznie jednak powiedział kiedyś pewien mój przyjaciel – nie ma na tym świecie nic gorszego, niż nadgorliwość neofity. Taki potrafi cię swoją nową wiarą zamęczyć na śmierć.

I podobnie postępuje dziś Kamiński. Właśnie zabrał głos w obronie ministra Sikorskiego i przekonuje nas, że słowo "laska" nie znaczy tego, co znaczy. "Laska" według niego to tyle samo co "łaska". Kamiński jest bardziej platformerski niż Pitera, Szejnfeld i Zalewski razem wzięci. A przecież nie ma na tym bożym świecie bardziej platformerskich osób niż wspomniana święta trójca. Zawsze jak potrzeba wcisną ci, że białe jest czarne i odwrotnie. Partia niezawodnie może na nich liczyć. Kamiński jednak bije ich na głowę. Podejrzewam, że jako były pisowski spin doktor wie, co robi. Niedługo przecież wybory do parlamentu. Gdzieś trzeba znaleźć dla siebie miejsce. Najlepiej tam, gdzie nic nie robisz, a jesteś wiecznie obecny w świecie mediów – w parlamencie.

Mam jednak nadzieję, że zadziała prawo serii. Dlatego wbrew temu, czego nauczał nas Chrystus i Budda na temat miłości i współczucia cieszę się z klęski wyborczej Michała Kamińskiego. Cieszę się, że ludzie tego pokroju mimo wszystko będą – mam nadzieję – odchodzić w polityczny niebyt. Cieszę się też, że chcąc przypodobać się swojej nowej formacji, gada wszystko, co mu ślina na język przyniesie. Nikt i nic ci nie pomoże, jeśli chcesz kompromitować się na własne życzenie. Chciałbym tylko, żeby Kamiński czynił to w zaciszu domowym. Przed lustrem. Nie widzę najmniejszego powodu, dlaczego mamy oglądać go na ekranach telewizorów.

Stąd krótki apel. Niech pan w końcu przestanie nas zamęczać swoją osobą. Naprawdę panie Kamiński – nikomu nie musi pan robić „łaski”. Polityk to nie jedyny zawód na świecie. Jest jeszcze parę innych – znacznie bardziej pożytecznych. Tyle że tam trzeba naprawdę pracować. A to dla niektórych bardzo poważny problem.

W znakomitej powieści Marka Hłaski „Sowa, córka piekarza” występuje wuj Józef. Dziś powiedzieliśmy – freak. Potrafi on celnie puentować absurdalność ludzkich zachowań. Patrząc na proste krzesło mówi: „Każdemu Bóg dał taki łuk triumfalny żeby mu się w głowie nie przewróciło”. Kamiński siedzi na skleconym ze zwykłych badyli zydlu, ale wierzy, że to prawdziwy tron. Jaki człowiek, taki łuk triumfalny.

Przeczytaj także
Trwa ładowanie komentarzy...