Dlaczego Palikot przegra

Całkiem niedawno napisałem krótki felieton Dlaczego Palikot przegrał, gdzie ad hoc podałem jedną z przyczyn jego wyborczej klęski. Wyraziłem również wątpliwość czy szef Twojego Ruchu rzetelnie zanalizuje przyczyny porażki. Dał sobie dwa tygodnie. Moim zdaniem – o dwa za długo. Sądząc z ilości lajków spora część czytających zgadzała się z moimi tezami. Zaczyna się czwarty tydzień po wyborach. Proszę wyprowadzić mnie z błędu, ale nie słyszałem o żadnej poważnej analizie przyczyn przegranej. Pozwalam więc sobie usunąć literkę „ł” z tytułu poprzedniego felietonu i krótko opisać, dlaczego przy takim podejściu Palikot przegra też następne wybory.


Po wyborczej klęsce polityk zapadł się pod ziemię i wrócił… zamieszczonym tu w sobotę felietonem „Zabić Palikota”. Nie żeby zdziwiła mnie treść tego tekstu. Jest całkowicie w palikotowym stylu. Górnolotny i histeryczny. Czuję raczej zażenowanie i smutek. Jest mi po prostu przykro, bo widzę jak niezwykle potrzebne – powtarzam: niezwykle potrzebne! – na zabetonowanej przez PO i PiS scenie ugrupowanie samo sobie szykuje kolejną klęskę. A nam, jak zawsze od ćwierćwiecza, pozostawia wybór mniejszego zła.

Dlaczego? Przede wszystkim z jednego powodu – kompletnego braku zrozumienia oczekiwań własnego wyborcy. Wiem, co mówię, bo znam przynajmniej kilka takich osób. Wyborca Palikota nie czeka na ocierający się o grafomanię tekst na temat „rozsiadłego w naszej duszy” Korwina. Przy okazji – proszę mnie z tego wyłączyć. Nie „mam w duszy” żadnego Korwina. Małego, średniego ani dużego. Nie mam Kaczyńskiego, Ziobry, Kempy, Pawłowicz i setki innych. Nie mam też w sobie żadnego małego Palikota. Mam w sobie natomiast coraz mniej życzliwego sympatyka tego polityka. Ten pierwszy zmalał we mnie właściwie tak bardzo, że ledwie go dostrzegam. Natomiast coraz wyraźniej widzę, że zajmowanie się – z punktu widzenia wyborcy – bzdurami zamiast poważnego namysłu nad własnym działaniem, prowadzi do powtórek z historii.

Nie mam też – jak chce mi wmówić Palikot – nic wspólnego ze zwycięstwem Korwina. Nie „stworzyłem żadnej gleby”, na której „to coś wyrosło”. Korwin nie jest w każdym z nas jak pisze nasz polityk-publicysta-literat. Glebę tę w jakiejś mierze, poprzez własne błędy, stworzył natomiast sam Palikot. W jego felietonie nie znajdziesz jednak o tym ani słowa. Inaczej – znajdziesz, ale zawsze w towarzystwie kolejnych współwinnych. Mnie i ciebie Czytelniku. Nie zauważyłem też żeby ktokolwiek czyhał na Palikota z siekierą i chciał go zabić, chociaż oczywiście jest mnóstwo ludzi, którzy z powodu jego porażki skakali pod niebiosa. Zgodnie zresztą z głoszoną przez siebie od lat chrześcijańską miłością bliźniego.

Jeśli ktoś ma tu jakieś krwiożercze zamiary, to sam Palikot. Wobec siebie. Bo pisząc tak bezsensowne teksty zamiast rzetelnie przemyśleć swoją klęskę, popełnia polityczne samobójstwo na raty. Zamiast toczyć szczery dialog ze swoim wyborcą podchodzi właśnie do najwyższej barierki Pałacu Kultury. Zaraz na nią wejdzie…i dalej będzie pisał o Korwinie oraz narzekał, że nikt nie analizuje problemu narodzin tego potwora zwalając winę na niego samego – biednego Palikota. Co zresztą nie jest prawdą, bo ukazało się trochę sensownych analiz sukcesu Korwina. Tyle że Palikot w tym czasie chyba medytował w jakimś aśramie. A stamtąd – mimo całej mojej ogromnej sympatii dla medytacji, którą uważam za rzecz niezwykle pożyteczną – trudno jednak dostrzec polskie podwórko. Problemem Palikota nie jest Korwin, lecz – jak zauważył były nieszczęsny patron jego koalicji – sam Palikot. Wyborców tego ostatniego nie interesują płomienne wpisy-odezwy na temat Korwina, lecz to, co ma do powiedzenia o swoich działaniach i decyzjach. Co przemyślał, jakie wyciągnął wnioski i kiedy ma zamiar wprowadzać je w życie.

Największym wrogiem polityka jest histeria. Odbiera ona niezbędną w tej i tak niesłychanie zakłamanej oraz nieustannie labilnej emocjonalnie dziedzinie, trzeźwość myślenia. Wrogiem jest też łamanie obietnic. Dwa tygodnie to dwa tygodnie. „Myślenie boli” pisze Palikot w swoim wpisie. Najbardziej chyba jednak jego samego. Bo w tekście „Zabić Palikota” rzetelnej oceny znajdziesz jak na lekarstwo. A jeszcze mniej myślenia o tym, co najważniejsze – dlaczego skończyło się tak, jak się skończyło? Nie wiem po co Palikot napisał tak rozemocjonowany i niewnoszący nic do myślenia o polityce tekst. Wiem jednak, że takimi wpisami toruje sobie drogę do kolejnej porażki.

W języku felietonu przeszłość różni się od przyszłości jedną małą literką – „przegrał” zmienia się w „przegra”. W życiu jednak oba te okresy różnią się czymś o niebo poważniejszym. Przeszłość jest już dana raz na zawsze. Możemy tylko, chociaż nie wszyscy to czynią, uczyć się na popełnionych błędach. Przyszłość możemy natomiast kształtować. Górnolotną publicystykę na temat Korwina Palikot może sobie uprawiać, gdy rzetelnie przeanalizuje własną klęskę. Inaczej za chwilę sam stanie się przeszłością. Bez przyszłości.

„I kiedy teraz mało kto jest w stanie zdobyć się na uczciwą ocenę mojej formacji i też koalicji Europa Plus, to w ten właśnie sposób szykuje sobie kolejnego Korwina, Tymińskiego lub Macierewicza” – pisze w swoim tekście nasz Narcyz i Złotousty w jednej osobie. Nic dodać, nic ująć. Jednak pierwszą ofiarą zrodzonego w mękach braku autorefleksji nowego politycznego Frankensteina będzie właśnie sam Janusz Palikot. Chyba że w końcu zajmie się uczciwą oceną własnej formacji „i też koalicji Europa Plus”.
Trwa ładowanie komentarzy...